Rozmowy o kinie – maj

Rozmowy o kinie – maj

Składam się z bajek Disneya, dokumentów kryminalnych oglądanych po kryjomu i tych wszystkich filmów, gdzie Julia Roberts lub Mel Gibson zbawiają świat przed zagładą. Wychowałam się w poczuciu, że mój tato o kinie wie wszystko. Albo, że w ogóle zdobył wiedzę całego świata. Uwielbiałam w sposób niezrozumiały obserwować go, gdy oglądał obrady rządu, zalewając go przy tym pytaniami o randomowych polityków.  To wszystko połączone w jedno pudełko Panasonic mocno wpłynęło na moją dorosłą już formę i miłość do popkultury. Myślę, że wtedy zakochałam się w starszych panach i dlatego dziś, zamiast wzdychać do Ryana Goslinga, kocham się raczej w Robercie Redfordzie. Nawet Bradley Cooper jakoś tak korzystniej wygląda, od kiedy nieco się postarzał.

Kobiety znacznie gorzej miały się się na dużym ekranie. Przez lata jako dodatki do kadru, zachowawcze i zatrudnione do leżenia w pościeli. Dlatego jeszcze mocniej do mnie przemawiają postaci stworzone przez Meryl Streep czy Jane Fondę. Pożegnały one podwójne standardy, przebiły szklany sufit i udowodniły, że kobiety jednak głos mają i to nie byle jaki.  Dlatego dziś będzie o kinie. O tym, co warto obejrzeć, do czego wrócić, przeanalizować i odkryć na nowo. 

Pożegnanie z Afryką

O kinie

Wanda, Ameryki to Ty nie odkryłaś. Wszyscy już to widzieliśmy. Okey, ale jest jedna sprawa, którą sobie uświadomiłam całkiem niedawno. Gdy oglądałam ten film lata temu, widziałam w nim po prostu historię miłosną. Dziś widzę piękny film o wolności. Wolności nie w sensie takiej, jaką kojarzymy zazwyczaj. Nie o naszą osobistą przestrzeń, możliwość decydowania, czy swobodnego przemieszczania się po pięknej Afryce chodzi, ale o wolność, którą daje miłość. Miłość dojrzała, taka, która pozwala nam na bycie sobą, która dopełnia, nie jest zaborcza. Kocham Cię, jesteś wolny, więc możesz wyjść przez drzwi mojego domu, kiedy zechcesz, i zawsze te drzwi będą otwarte na Twój powrót. Nie chcę Cię posiadać, a jedynie być obok. I ta miłość będzie trwać, dopóki nie wzbijesz się ponad ziemię w swoją ostatnią podróż po nieboskłonie.

After Life

Ricky Gervais wciela się w postać smutnego wdowca, którego przed popełnieniem samobójstwa ratuje jedynie obowiązek nakarmienia psa. Daje on sobie więc warunek, że gdy nadejdzie kres życia jego przyjaciela, on sam zakończy swój żywot. Przepełniony żalem i goryczą po stracie swojej ukochanej, postanawia być obojętnym i wrednym typem, który udowodni wszystkim, że nie warto być dobrym człowiekiem. Taranuje wszystko i wszystkich na swojej drodze i potrafi zranić nawet upierdliwego dzieciaka ze szkoły, którą codziennie mija. Jego żal podsycają filmiki, które nagrała dla niego, przed śmiercią, jego żona. Każdy dzień to jeden filmik, puszka jedzenia dla psa, spacer z nim i tysiąc zachowań, które odbijają się na jego najbliższych. Ricky Gervais jest KA-PI-TA-LNY w swej roli. Jest on zresztą także reżyserem tego serialu, więc nikogo chyba nie dziwi, że historia ma właśnie taką narrację. After Life to opowieść o pięknej miłości, stracie i próbie poradzenia sobie z ogromną tęsknotą za ukochaną osobą.

Narodziny gwiazdy

Producenci najpierw podarowali nam piękną muzykę, a potem totalnie rozczarowali filmem. Miała być piękna historia miłosna z muzyką w tle, a dostaliśmy tani dramat. Tej historii nie ratuje ani Lady Gaga, ani Bradley Cooper. Oboje grają na najwyższym poziomie i widz jest przekonany o autentyczności chemii między nimi, ale sama opowieść jest płytka i z każdą minutą traci na wartości. W rezultacie mamy film, który może i zaczyna się doskonale, ale na końcu już mało kto pamięta ten zachwyt. Gdyby nieco zmienić historię głównej bohaterki i zrezygnować z całej tej tandety, mielibyśmy przepiękne widowisko o miłości z kapitalną muzyką.

Jane Fonda in Five Acts

Jane Fonda to kobieta, która cholernie mnie inspiruje. Aktorka, aktywistka, matka, żona i to trzykrotnie. Jeśli chcecie wiedzieć, jak wyglądała historia dziewczyny, która z bycia dodatkiem na ekranie stała się pewną siebie feministką, powinniście zalogować się na HBO i obejrzeć ten kilkugodzinny, wspaniały dokument o jej życiu. Jane Fonda opowiada w nim o trudnej relacji ze sławnym ojcem, chorą psychicznie matką, skomplikowanych, ale pięknych małżeństwach i o walce przeciwko wojnie w Wietnamie. Dlaczego właśnie ona? Bo nigdy się nie poddała.

Małgosia Wojciechowska: Chcę być aktywnie grającym nauczycielem, a nie teoretykiem [wywiad]

Małgosia Wojciechowska: Chcę być aktywnie grającym nauczycielem, a nie teoretykiem [wywiad]

Małgosia Wojciechowska: skrzypaczka, nauczycielka, mieszkanka Wrocławia, fanka starych samochodów, instagramerka, blogerka. Z opery uciekła do szkoły, gdzie kształci młodych i zdolnych. Na instagramie odczarowuje stereotypy na temat muzyki klasycznej, a na blogu rozmawia z ludźmi od muzyki. Dlaczego szkoła jest lepsza od opery i z czym kojarzy się jej Fryderyk Chopin? Wszystkie odpowiedzi znajdziecie poniżej.

 

Jaki jest najbardziej absurdalny stereotyp na temat muzyków klasycznych?

Muszę się zastanowić, bo większość z nich okazuje się prędzej czy później prawdą! Chyba najbardziej absurdalne i krzywdzące jest założenie, że ten, kto gra klasykę, jest introwertycznym sztywniakiem i jedyną rozrywkę czerpie ze słuchania po nocach całej dyskografii z dziełami Mozarta.

– To zabawne, bo ludzie ze środowiska rockn’n’rollowego też uchodzą za introwertycznych dziwaków 🙂

Czy łatwo kogoś poderwać na skrzypce?

Nie wiem, czy łatwo, ale na pewno się da, bo skrzypce są sexy! Nawet sama tajemnicza zawartość futerału rodzi powód do rozpoczęcia rozmowy, szczególnie u ciekawskich osobników. Wiele razy spotkałam się z zainteresowaniem w komunikacji miejskiej, w windzie lub w oczekiwaniu na zielone światło na przejściu dla pieszych… „A co to tam pani niesie takiego”? „Czy to gitara”? I tak dalej, i tak dalej. A ileż pojawia się okazji na po koncertowych bankietach!

Małgosia Wojciechowska i najlepszy blog w muzycznym świecie – klik

Kto Cię inspiruje?

Codziennie pozwalam się zainspirować komuś innemu. Bardzo często inspirują mnie moi uczniowie, bo każdy z nich przychodzi z innymi poglądami, z innymi problemami i pomysłami. Nie mam swojego Mistrza, którego przyjmuję w całości i podążam jego ścieżką, natomiast uwielbiam śledzić drogę, jaką pokonują w tym zawodzie kobiety. Pisałam o nich magisterkę. Naprawdę nielicznym udało się wspiąć na wyżyny, a jedną z osób, o której zawsze myślę, że już nie może zrobić ze skrzypcami nic bardziej szalonego, a zawsze przekracza kolejne granice, jest Patricia Kopatchinskaja.

Jeśli rock, to czego posłuchamy?

Mam tak, że trudno jest mi zabłysnąć bieżącymi trendami, po prostu nie sposób nadążyć, dlatego, jeśli chodzi o rock, pozostaję wierna temu, co poznałam już lata temu. Jeśli już zasiądziemy do wspólnego słuchania, to nie wyrzuciłabym z playlisty nieprzemijających Red Hot Chilli Peppers, Guns N’ Roses i Led Zeppelin. Pewnie chciałabym przeforsować też po kilka kawałków od Myslovitz, IRY i Comy. Resztę możesz zapodać, na pewno przetrwam!

-To może być ciekawe doświadczenie. Ciekawe, która pierwsza wymięknie!

Czy można nauczyć się grać na instrumencie po trzydziestce?

Pewnie, że można! Uwielbiam wracać myślami do jednej z moich uczennic, która rozpoczęła przygodę ze skrzypcami – uwaga – na emeryturze! Szło jej wyśmienicie. Wiadomo, że nie można się nastawiać, że się stanie na podium Konkursu Skrzypcowego im. Henryka Wieniawskiego, ale naprawdę każdy w kilka miesięcy jest w stanie opanować wykonanie radosnej pieśni „Sto lat” na urodziny cioci czy kilku ulubionych kolęd przy wigilijnym stole. A ten instrument akurat należy do jednego z najtrudniejszych, więc z innymi to już zupełnie może iść całkiem gładko. Nauka gry na gitarze czy fortepianie przynosi na pewno szybsze efekty, chociaż wiadomo – czasem to sprawa bardzo indywidualna. Niemniej, jednak jeśli ktoś marzy o poznaniu podstaw gry na jakimś instrumencie, polecam znaleźć w sieci nauczyciela ze swojej okolicy. Nie trzeba od razu kupować własnego instrumentu, istnieje możliwość wypożyczenia go na jakiś czas – żeby sprawdzić, czy to jest to. U mnie pierwsza lekcja jest zawsze za darmo, więc polecam się, Wrocławiu!

Małgosię możecie także obserwować na Instagramie – klik

Dlaczego muzyka poważna?

Klasyka to taki naturalny kierunek, jeśli chodzi o instrumentalistów. Akurat skrzypce bardzo się do tej dziedziny nadają. Szkoła i studia dały mi naprawdę solidne podstawy i ogląd na wszystko, co z muzyką związane. Otworzyłam się na różne projekty, działałam nie tylko z Bachem i Mozartem na pulpicie. Studiować rozrywkę jest u nas w kraju dużo trudniej, mamy mniej wydziałów rozrywkowych niż klasycznych i co za tym idzie – pojedyncze miejsca na takim kierunku.

Masz poczucie, że poświęciłaś coś dla muzyki?

Podarowałam muzyce dużo czasu i przestrzeni w swoim życiu. Niektórzy nazwą to poświęceniem, ale ja nie czuję, żeby ta cała muzyczna droga cokolwiek mi zabrała. Chciałabym jednak mieć w zamian poczucie, że to, co robię, jest potrzebne, że pracując w kulturze w tym kraju, będę mogła karmić się czymś więcej niż satysfakcją, ideą i „możliwością promocji”, którą to kocham znajdować w wielu ogłoszeniach, kiedy Janusz poszukuje muzyka do oprawy muzycznej swojego cebulobiznesowegowydarzenia, a nierzadko też takie upokarzające praktyki stosują domy kultury i inne poważne instytucje. To znaczy – ludzie. I to jest smutne.

– Z tą “możliwością promocji” też spotkałam się wielokrotnie, ale na szczeblu organizatorskim. Najgorsze, że wielu muzyków nie widzi innej drogi i możliwości grania na żywo, więc idą tą drogą.

Dlaczego praca w szkole muzycznej jest lepsza od pracy w operze?

Musiałam odpowiedzieć sobie na kilka ważnych pytań. Pracować w normalnych godzinach i mieć wolny weekend czy pracować 6 dni w tygodniu, zaczynać o 10:00 i kończyć po 22:00? Wiedzieć, co to ferie i święta czy czekać na telefon, że jednak muszę być w teatrze? Mieć czas dla siebie i rodziny czy nie wiedzieć, jak się nazywam? I do tego można dopisać kilka innych zagadnień, których poruszanie na forum mogłoby kogoś urazić. Szkolnictwo akurat też przeżywa trudny i napięty czas, ale pogadajmy o tym, co sprawia, że idę do pracy z uśmiechem. Uwielbiam dzielić się ze światem tym, co sama dostałam. Moja wiedza i doświadczenie idzie dalej, to jest świetne uczucie! Pękam z dumy, kiedy moje uczennice stają na scenie i starają się pokonywać swoje słabości, idą do przodu, odnoszą sukcesy. Odnalazłam się w tym belferskim świecie i mam dodatkową przestrzeń na własne projekty, a to ważne, bo chcę być aktywnie grającym nauczycielem, a nie teoretykiem.

Ile godzin dziennie trzeba ćwiczyć grę na skrzypcach?

Wybitny skrzypek, Jascha Heifetz, powiedział kiedyś taką mądrą rzecz:

„If I don’t practice one day, I know it;
two days, the critics know it;
three days, the public knows it”

Niestety (lub na szczęście) nikt nie wymyślił kodeksu ćwiczenia, w którym można odnaleźć konkretne liczby odpowiadające na Twoje pytanie. Na studiach, przygotowując się do występów, egzaminów i koncertów, ćwiczyłam bardzo dużo. Bywało, że przyjeżdżałam na uczelnię na godzinę 7:30 i z przerwami na jedzenie i rozprostowanie kości spędzałam ze skrzypcami całe dnie. Teraz ten tryb wygląda inaczej i jest zależny od tego, co muszę zrobić. Przez lata nauczyłam się też bardziej efektywnie ćwiczyć, więc sporo zadań jestem w stanie wykonać w krótszym czasie niż kiedyś.

Słyszysz: Fryderyk Chopin, jakie jest Twoje pierwsze skojarzenie?

Dyplom z fortepianu dodatkowego w szkole II stopnia i wymęczone tam Preludium e-moll op. 28 nr 4. Za tamto wykonanie bardzo Fryderyka przepraszam.

Mieszkasz we Wrocławiu. Gdzie warto pójść, co zwiedzić i gdzie można spotkać Ciebie?

Zwiedzanie Wrocławia wciąż uprawiam, bo, uwierz, trudno się zmotywować do dalekich wycieczek, kiedy mieszka się obrzydliwie blisko Rynku. Tu właśnie można spotkać mnie najczęściej, bo przebiegam przez sam środek kilka razy dziennie. Tym, którzy dopiero się tutaj wybierają, polecam zerknąć na Galerię Neonów, która znajduje się po prostu w podwórku przy ulicy Ruskiej – zachwyca dawnym klimatem domów handlowych, stacji i uchronionych przed zezłomowaniem szyldów sklepów. Warto przepłynąć się statkiem poOdrze, ale nie wieszajcie już więcej kłódek na Moście Tumskim! Zawsze coś ciekawego (wystawa, targi itp.) dzieje się w Hali Stulecia. Polecam też spektakle w naszych teatrach i koncerty, szczególnie w pięknej sali Narodowego Forum Muzyki. A pod pretekstem wycieczki z dziećmi, gorąco zachęcam do wizyty w Hydropolis, gdzie można dowiedzieć się wszystkiego o wodzie. Co do moich występów – wrzucam zawsze z wyprzedzeniem info na Instagramie, chyba że mam zagrać na zaręczynach, to wtedy oczywiście milczę i nie psuję niespodzianki. Punktem stałym co miesiąc jest kameralna i klimatyczna klubokawiarnia Macondo mieszcząca się na Nadodrzu, gdzie prowadzę i wykonuję cykl „Macondo klasycznie”. Podczas tych koncertów przybliżam publiczności sylwetki kompozytorów, opowiadam o formach i gatunkach, tłumaczę muzyczne pojęcia, żeby już nie brzmiały tak obco i wysublimowanie.

Czego słuchasz, gdy nikt nie słyszy?

Ciszy. Serio, mam deficyty przebywania w ciszy.

-Nie rozumiem 😉

Małgosia Wojciechowska i jej szybkie rzuty

 

Nagranie partii skrzypiec dla Justyny Steczkowskiej czy Dawida Podsiadło?

Nagrywałam już (jako członek orkiestry) dla Justyny, więc wybieram Dawida.

Netflix czy HBO?

Jak na dziołchę ze Śląska przystało, stwierdzam: żodyn. Moje serialowe życie rozpoczęło się i zakończyło na nałogowym oglądaniu „Przyjaciół”, których chyba znam na pamięć. Swój wolny czas marnuję na YouTube.

Koncert dla królowej Elżbiety czy Donalda Trumpa?

A masz takie dojścia, żeby to załatwić? Królowa będzie zachwycona, gwarantuję!

Edukacja poprzez zabawę, czy sztywne ramy?

Jak to niegdyś śpiewał Piasek po każdej „Familiadzie”: „złoty środek znajdź, tylko jeszcze dziś”. Dzieci i zabawa – to się łączy w naturalny sposób. Pracując ze starszą młodzieżą, również rozładowuję atmosferę i odczarowuję pewne problemy, korzystając ze swojej kabaretowej natury, ale dobrze nam robi, kiedy wiemy, co mamy robić i jakie są założenia na każdym poziomie nauki.

Lata 90 – Muzyczne TOP mojej młodości

Lata 90 – Muzyczne TOP mojej młodości

Lata 90 to niezły bałagan. Jeden wielki kicz i często kiepskiej jakości piosenki, ale niczego bardziej nie kocham i za nic w świecie nie oddałabym dorastania w tych właśnie czasach. Wystarczy odpalić Oasis – Wonderwall i wszystko staje się jasne. Potem wcale nie było lepiej. Związek Justina Timberlake’a i Britney Spears (dżinsowe stylówki kocham), duet Eminema i Dido, udawany związek dziewczyn z TATU, a wszystko to podawane w Popcornie i Bravo. Kto nie płakał na teledysku Enrique Iglesiasa, niech przestanie udawać, bo wiadomo, że płakał. W Polsce to osiedlowy hip-hop, Edyta Górniak, co nie była Ewą, Edyta Bartosiewicz, Myslovitz, Hey, Maanam, Wilki, Obywatel G. C. i śliczniutki Piasek w blond pasemkach.

Był jeszcze Gabriel Fleszar. Nie można o nim zapomnieć.

Jest to pewnego rodzaju choroba wolnościowa, wyzwolenie i totalny brak orientacji w terenie. Lata 90 są jak nieudany eksperyment, który z początku zamiotło się pod dywan, ale z biegiem czasu – uznało się go za niezwykle atrakcyjne osiągnięcie. Może nadal odczuwa się lekki dyskomfort przy słuchaniu pewnych szlagierów, ale przy obecnych hitach radiowych – brzmią one jakby sensowniej.

Cóż można z tym zrobić? Oczywiście, że wybrać się w podróż po sentymentalnych hitach czasem wstydu i przypomnieć sobie jak to było, gdy na swoje kawałki trzeba było czekać w MTV lub przewijać kasety ołówkiem. Uwierzcie mi, można nabawić się niezłego szoku po tylu latach, gdy nagle trzeba przewracać co chwilę kasetę, by zmienić stronę. Wiem, bo ostatnio próbowałam. Oczywiście nie zmieściłam się w ramach czasowych.  Będą więc lata 80, 90 i początek 00, inaczej się nie dało <bezradny>.

EDIT: Po stworzeniu listy, gdzie wyszło mi jakieś 3000 utworów, jestem zmuszona podzielić ją na osobne wpisy. Także wyjdzie z tego mały cykl. Proszę więc nie marudzić, że nie ma Britney Spears, Tatu, czy Nelly Furtado. Będą. Obiecuję.

 

 

 

 

Lata 90. okazały się jednym z najbardziej wszechstronnych okresów w dziejach muzyki. W tym czasie byliśmy świadkami narodzin muzyki grunge, nowej fali popu, a przede wszystkim przejścia hip-hopu do mainstreamu.

P. Diddy

 

 

 

O słodkie lata 90. Rozkoszny czasie nieograniczonych możliwości. Czasie naizwnej wiary, że rzeczywistość będzie lepsza, sprawiedliwsza, uczciwsza. Chwilo po stworzeniu świata, kiedy tak fascynuje wszystko, co się dzieje po raz pierwszy… O naiwny czasie naiwnej wiary, że wszystko może się zmienić… Jakie mieliśmy do siebie zaufanie wierząc, że kiedy obdarzy się nas wolnością, to będziemy potrafili z niej rozumnie korzystać.

Dawid Bieńkowski

 

 

 

Polskie wokalistki, czyli kogo warto słuchać w 2019 roku

Polskie wokalistki, czyli kogo warto słuchać w 2019 roku

Nie sądzę, by 1 stycznia zmieniał cokolwiek w życiu kogokolwiek, ale jedno jest zawsze dobre w nowym roku. Premiery. Dużo dobrych muzycznych (i nie tylko) premier. Cały styczeń bacznie przyglądam się wychodzącym singlom i jedno jest pewne. Polskie wokalistki deklasują w tym roku wszystkich facetów. Ok. Waglewscy też przygotowali coś niesamowitego, ale o nich innym razem. Kto w tym roku? M.in. Monika Brodka akustycznie i niepowtarzalna Mary Komasa. Wyjątkowo do listy dołączam album Raj The Dumplings z listopada ubiegłego roku. Jest tak boski, że na pewno jeszcze nikomu się nie przejadł.

 

Justyna Święs – The Dumplings – Raj

Umówmy się. Wszyscy kochamy Pierogi. Justyna Święs to obecnie moja ulubiona wokalistka. Jej artystyczna dojrzałość jest dla mnie inspirującą zagadką, a album Raj to muzyczna bomba. Gdy mam ochotę rozwalić świat w drobny mak, to ta płyta mnie przed tym ratuje. Wniosek? Pierogi ratują wszechświat. Obok Dawida Podsiadło to najlepsze co się młodzieży udało. Ps. utwór Przykro mi to sztos.

 

Mary Komasa – Disarm (2019-01-25)

Mary ach Mary. Jesteś niesamowita i taka zdolna. To, co robi ta wokalistka, to jest całkowicie inny poziom. Światowy, trudny i niegrzecznie doskonały. Sam fakt, że utwór Palermo został nagrany w studio spontanicznie, już wiele mówi o samej wokalistce i jej podejściu do sztuki. Siostro Jasia Komasy, jest Pani niezwykła.

Monika Brodka – MTV Unplugged: Brodka (2019-02-15)

Brodka jest jak kameleon i trochę jak zaginiony w czasie członek The Beatles. Jak czarna owca w rodzinie, która maluje włosy na różowo, kiedy cała reszta czesze się od pokoleń w kok. Buntowniczka z wyboru. Od góralskich piosenek o ślubie, do akustycznego koncertu w kryształach. #THEFUTUREISFAMALE proszę państwa.

 

Polskie wokalistki to już nie lata osiemdziesiąte. Dziś prezentują światowy poziom i nikt nie określa ich tym brzydkim słowem “piosenkarka”.

 

 

Kwiat Jabłoni – Niemożliwe (2019-02-01)

Nie wiem, skąd właściwie się pojawili. Kwiat Jabłoni w 2018 roku wybrzmiał sobie na YT z kawałkiem “Dziś późno pójdę spać” i z miejsca zdobył serce szerokiej publiczności. Kasia Sienkiewicz to urokliwa młoda wokalistka. Obok niej stoi z gitarą blond chłopiec — jej brat — Jacek. Czy ich nowa płyta powtórzy poprzedni sukces? Singiel “Nic więcej” sugeruje, że koncepcja rodzeństwa zostaje zachowana. Będzie lirycznie i skromnie. Może nieco dojrzalej? Oby.

MoMo – Różowy/ Niebieski (2019-02-01)

Jak mówią Momo i Pablopavo: Z tęsknoty za analogowymi dźwiękami — z tego powodu nagrali album Różowy/Niebieski. Nie wiem, kto jest tutaj różowy, a kto niebieski, ale ja to kupuję. Jedno jest pewne, jedno bez drugiego by nie nagrało tego albumu.

Ps. Kto w lutym ma pożyczyć trochę pieniędzy?

Atme: Inspiracją może być wszystko. [Wywiad]

Atme: Inspiracją może być wszystko. [Wywiad]

Młodzi, piękni i utalentowani. Gdy ich czytam – odnoszę wrażenie, że są z kosmosu. Gdy ich słucham – sama wylatuję w kosmos. Jacy są chłopaki z ATME i co ich inspiruje, zapraszam do podróży na inną planetę. Planetę o nazwie ATME.

 

Zacznijmy od początku. Co oznacza słowo ATME?

Luke: ATME oznacza oddech i jaźń. Określa wszystko, co płynie i łączy się ze sobą. To raczej stan niż tylko słowo, choć zaczerpnięte ze znaczeń sanskrytu i języków indoeuropejskich, takich jak m.in. j. niemiecki. Dla nas oznacza przestrzeń tworzenia, gdzie nasze brzmienie łączy się z przekazem i wolnością formy. Podczas koncertów, zależy nam, aby słuchaczowi udzielił się klimat ze sceny, aby odpłynął razem z nami i dał się zabrać do naszego świata, w którym mamy trochę ciekawych emocji do przekazania oraz słów do powiedzenia.

State of Necessity nie brzmi jak debiutancki materiał. To jeden z najlepszych albumów, jakie usłyszałam ostatnio na undergroundowym rynku muzycznym. Nie wyobrażam sobie, by ktoś Was teraz zamknął w piwnicy. Jakie macie plany na rok 2019?

Luke: Dzięki za miłe słowa. “State of Necessity” to suma naszych inspiracji. Tworzymy od 2011 roku, jako zespół pojawiliśmy się na scenie w 2013 a “State of Necessity, to owoc naszej pracy, dziecko naszej wyobraźni i sumy konceptów jakie rodziły nam się w głowie przez ostatnie lata. Możemy jednak przyznać, że nie wszystko było zaplanowane. Utwory takie jak “Laniakea”, “Passing Through the Horizon” ostateczną formę uzyskały w studiu i częściowo były improwizowane.

Odnosząc się dalej do pytania, w piwnicy na pewno się nie zamykamy, ewentualnie sięgamy do „piwnicy” własnej podświadomości po nowe pomysły, szukając nowych horyzontów, które warto jeszcze zobaczyć. Aktualnie wypuściliśmy właśnie nowy, mocny utwór do sieci „Obsessed” z załączonym video, gdzie widać nas jak tworzymy podczas nagrania w studiu. Teraz skupiamy się na organizacji nowych koncertów oraz zbieramy koncepty z naszych improwizacji na próbach. Sięgamy do szuflad z naszymi nagraniami i tworzymy kolejne utwory, które w pierwszej kolejności będą miały premierę na koncertach. Repertuar pod kątem tekstu jest anglojęzyczny, dlatego myślimy też, aby nie zaniedbywać polskich uszu i pracujemy teraz nad utworem w naszym rodzimym języku.

Co musi poświęcić muzyk dla tak dojrzałego brzmienia?

Piotr: “Rękę i nogę” 😉 …a tak na poważnie, to nie ma na to magicznego przepisu. Na pewno warto dużo ćwiczyć i budować warsztat: indywidualnie i zespołowo.

Mieć otwarty umysł i dużo eksperymentować, czyli być jak dziecko-odkrywca świata. Dużo czytać, słuchać, oglądać, bawić się i wierzyć, że wszystko jest możliwe. Nie bać się krytyki i działać wspólnie, będąc otwartym na pomysły reszty muzyków.

Wanda: To w ogóle jest dobry przepis na życie!

Skąd czerpiecie inspiracje? Czasem mam wrażenie, że to jakiś okultystyczny kosmos.

Paweł: Inspiracją może być wszystko. Kłótnia z dziewczyną, zdjęcia plemion z północnej Ameryki, piosenka odkopana ze starego odtwarzacza, układ płyt chodnikowych czy wzór geometryczny. Słuchamy różnej muzyki, mamy różne zainteresowania. Często polecamy sobie nawzajem ciekawą muzykę, filmy, idee, ciekawostki o świecie. Czasem po prostu zagnieździ się w naszych umysłach rytm lub melodia i bardzo chcemy oszlifować ją i pokazać światu.

Adek: Podpisuję się pod wypowiedzią Pawła, najlepszą inspiracją jest życie i to, co się w nim dzieje. Duże wsparcie stanowią dla nas nasze muzy, kosmos, jak i dla mnie reszta składu ATME, która nakręca do tworzenia czy improwizowania, dosyć dobrze się w tym czujemy.

Luke: Z okultyzmem nie przesadzajmy, bo nas ekskomunikują, choć może gdzieś pojawia się w nas tęsknota za ezoterycznym mumbo jumbo, mówiąc z przymrużeniem oka. W grafice do albumu “State of Necessity” można znaleźć odniesienia do czakr, czy świętej geometrii, jest to część inspiracji zebranych w trakcie budowania utworów, czy indywidualnych poszukiwań sensu istnienia. Dużą rolę odgrywa u nas przekaz emocjonalny, bo jak chyba większość, jesteśmy odbiorcami pozytywnych i negatywnych bodźców wpływających na nasze decyzje czy zachowania. Sami te bodźce też generujemy. Interesuje nas zgłębianie ludzkich pasji, tęsknot, złudzeń, sięganie do psychologii człowieka i archetypu — opisywanie też jego “cieni”. Interesuje nas natura, nasz glob i wszystko, co w nim zawarte, bądź to, co jeszcze nie jest zrozumiałe i nie znalazło wyjaśnienia.

Teksty opowiadają różne historie, w których czasami może postawić się każdy z nas. Mówiąc ogólnie, np. “Hotel of the Transfiguration” jest opowieścią o człowieku doświadczającym przemiany i jedności z otaczającym światem. W “Tricksterze” masz zderzenie mitu z kalką współczesności. Jest to poniekąd opowieść o wywodzącym się z opowiadań rodzimych mieszkańców Ameryki Północnej, nieujarzmionym bogu żartownisiu, skutym w “łańcuchy” przez współczesnego człowieka. “(un)cut Thoughts” to “per aspera ad astra” w drodze do jedności poprzez szum oceanu myśli.”Interrupted Call” to szukanie własnego głosu i spokoju w przestrzeni. Jednak, aby dokładniej to poznać, trzeba zrobić to, na co niestety brakuje nam dzisiaj czasu — czyli trzeba poświęcić cenną chwilę swojego życia na zgłębienie przekazu.

Wasza najbardziej szalona przygoda podczas koncertowania?

Paweł: Pozwolę sobie najbardziej szalone pozostawić w głowie na chłodne uśmieszki z lampką bourbonu przy kominku. Do najczęściej wspominanych zaliczamy jednak kilka.

Pewnym razem wracając na dwa auta z koncertu ok. 3 nad ranem, przez drogę szybkiego ruchu auto nr 1 rozjechało borsuka, urywając przy tym chłodnicę. Szukanie gaśnicy, bo kłęby dymu, wypakowywanie sprzętu na ulicę. Oczywiście holowaliśmy jeden drugiego, bo któż by tam służbie drogowej głowę zawracał o tej porze, dajmy ludziom spać 😉

W małym holenderskim miasteczku Vaals przed koncertem chodziliśmy z bębnem, gitarami i megafonem po ulicach grając nasze szlagiery i zachęcając ludzi do przyjścia na koncert. Wiele osób wychodziło z barów, zobaczyć co tu się wyczynia, robili zdjęcia, nagrywali nas, podchodzili zapytać skąd takie zamieszanie w tak spokojnym miasteczku. Szczególnie gdy znaleźliśmy lekką skarpę z barami na górze i osiedlem domków na dole i zaczęliśmy grać tam, żeby dotrzeć do jak największej ilości osób. Cel osiągnięty, ktoś nawet wrzeszczał “shut up!”.

 Czego zazwyczaj słucha zespół ATME podczas trasy?

Adek: Jest to muzyka. Podczas podróży wybieramy wodzireja, który włada playlistą, ciężko to uogólnić i po prostu wypisać wykonawców. Jeżdżąc na koncerty, dużo rozmawiamy, w trakcie prób zwykle brakuje na to czasu, nadrabiamy zaległości. Poza tym uważam, że całkiem dobrze się dogadujemy.

Przychodzi gruba szycha i mówi: Mam dla Was walizkę dolarów i wszystkich znam. Możecie zagrać z każdym. Kogo wybieracie?

Paweł: Ja bym zagrał z Apocalypticą, myślę, że dodaliby ładnych akcentów do tego, co już mamy.
Adek: Z Madonną
Piotr: Hans Zimmer
Luke: Zenek Martyniuk

Kto jest głową tego organizmu? Czyli, ktoś jest najbardziej odpowiedzialną osobą w zespole?

Piotr: Od początku ustanowiliśmy w ATME zasadę hierarchii poziomej. Dzielimy się wszystkim po równo. Obowiązkami najczęściej przydzielamy sobie względem kompetencji i zasobów czasowych. Są okresy, kiedy to jeden z nas ciągnie wszystkich do góry i motywuje. Są też takie, kiedy miejsce to zajmuje drugi i pomaga reszcie zespołu. Tak samo, jeżeli chodzi o tworzenie muzyki, tu jednak z mocnym zaznaczeniem momentów, kiedy świadomie lub intuicyjnie tworzymy, improwizując, tworząc synergię umysłów — ten stan ciężko opisać słowami. Wtedy każdy z nas, w tym samym momencie, staje się częścią czegoś większego, albo inaczej mówiąc, wtedy wyraźniej zauważa, to co jest tak naprawdę rzeczywistością. Ze zwielokrotnioną siłą nasze anteny odbierają fale przepastnych zasobów kosmicznej inteligencji.

 

To tak jak z marzeniami: zaraz po tym, jak zdobędziemy jeden szczyt, patrzymy już za kolejnym. Choć widzimy “świetlaną przyszłość” przed sobą, skupiamy się na kolejnych małych krokach, stopień po stopniu, krętą drogą do góry, pokonując własne ograniczenia i schematy myślowe.

 

Jak wygląda typowa fanka zespołu ATME?

Luke: Muzyka jest nietypowa, więc fanki są też wyjątkowe.

Wanda: Good point! 🙂

Szczyt Waszych artystycznych marzeń to?

To tak jak z marzeniami: zaraz po tym, jak zdobędziemy jeden szczyt, patrzymy już za kolejnym. Choć widzimy “świetlaną przyszłość” przed sobą, skupiamy się na kolejnych małych krokach, stopień po stopniu, krętą drogą do góry, pokonując własne ograniczenia i schematy myślowe. Z jednej strony marzymy o koncertowaniu przez wielotysięczną i międzynarodową publicznością, która świadomie przychodzi, aby celebrować muzykę i obcować ze sztuką, z drugiej pracujemy nad warsztatem, wizerunkiem i w końcu promocją, aby trafiać do świadomości coraz to większego grona odbiorów.

Gdzie można kupić waszą płytę?

Bezpośrednio u nas, śmiało pisać na maila: atmeofficial@gmail.com

Poprzez facebook’a: https://www.facebook.com/commerce/products/2177090405650796/

Bandcamp: https://atme.bandcamp.com/

Music&More shop: 

CD ATME “State of Necessity”

Zapraszam do kupna zostało nam ostatnie 600 sztuk.

 Szybkie rzuty. Co wolicie?

 

 – Scarlett Johansson czy Angelina Jolie?
Paweł: Scarlett, ale z filmu Między Słowami.
Adek: Scarlett
Piotr: Scarlett
Luke: Jolie, za jej prospołeczną działalność.

– Środek transportu na trasie — Multipla czy PKP?
Paweł: Multipla! Ale z mega spojlerem z tyłu!
Adek: PKP
Piotr: PKP
Luke: Pytanie retoryczne. Oczywiście Multipla.

– Prywatny koncert u Baracka Obamy czy u Królowej Elżbiety?
Paweł: Proste! U Elżbiety. Chciałbym zobaczyć, jak wstaje i klaszcze, kiwając głową z
aprobatą.
Piotr: Ani tu, ani tu…choć może u Eli, żeby sprawdzić, czy nie jest zmiennokształtną.
Luke: God, save the queen from ATME!
Adek: Nie wiem, nie pomogę.. Nie znam się…

– Duet z Depeche Mode czy Madonną?
Paweł: Z Madonną, znam całe La Isla Bonita na pamięć!
Adek: Madonna, ale z okresu jej progresywnej twórczości
Piotr: Depeche Mode
Luke: Królowa jest tylko jedna.

 

Dzięki! Poszło nam całkiem nieźle!

 

 

 

Świąteczna muzyka – Zbuduj sobie nastrój inaczej

Świąteczna muzyka – Zbuduj sobie nastrój inaczej

Mam takie świąteczne wspomnienie. Żółte radio na podłodze w salonie i kolędy na kasetach puszczane przez mojego tatę. Dziś raczej stronię od kolęd, a żółte radio już dawno wyzionęło ducha, ale mamy za to nową, cudowną tradycję — Trzech Tenorów. Nasza świąteczna muzyka to Domingo, Pavarotti i Pan Carreras. Nieodłączny element grudniowych wieczorów. Lubię ten czas. Dom pełen ludzi. Znajomi, którzy przychodzą podjeść ciasto z lodówki, napić się wina i trochę poplotkować. Czym jednak byłyby święta bez muzyki? Nie umiem sobie tego wyobrazić. Przynoszę Wam więc piętnaście utworów, którymi z pewnością umilicie sobie i bliskim ten magiczny czas.

 

Queen – Thank God It’s Christmas

Ten jest od mojej mamy. Wyczuwam w tym roku zapętlenie milion.

 Plácido Domingo, Luciano Pavarotti & José Carreras – La Traviata

Ten leciał roku temu przez całe święta 24/h

Agnes Obel – The Curse

Mykola Leontovych – Carol of the Bells

Frank Sinatra – Let it snow

Bruce Springsteen – Merry Christmas Baby

Niektórzy mówią, że ten jest najlepszy. Niby “knajpiany”

 

Kto znajdzie dwa utwory z filmu Home Alone, ten zostanie okrzyknięty mistrzem Jaka to melodia: edycja Wandy. Wiem, że wszyscy chcecie wygrać!

 

U2 – Christmas, Baby Please Come Home

Świąteczna muzyka czy nie, to chyba jeden z najlepszych ich utworów.

Alicia Keys & John Mayer – If I Ain’t Got You

The Darnkess – Christmas Time

Ten wrzucam z sentymentu.

Eric Clapton – Layla

Perry Como – It’s Beginning To Look A Lot Like Christmas

Robbie Williams – My Way

Jak ja go kochałam jako nastolatka. Nadal zresztą. Bardzo.

Santana – Samba Pa Ti

Ten też jest od mojej mamy. Dobra w to jest.

Tchaikovsky: Nemanja Radulovic & Borusan Istanbul Philharmonic Orchestra

Nie żebym się zakochała, ale mogłabym się nazywać Wanda Radulovic

John Williams – Somewhere in My Memory

 

Jeśli świąteczna muzyka to mało – zapraszam tutaj:

Muzyczne Podsumowanie 2018 – SZJU

Fot. Unsplash

Instagram

  • Super wyszo z t zabaw ktra sobie trwa jeszcze przez
  • Sweet Honey Sharon Tate    sharontate kultura romanpolanski
  • Dla mnie genialny w 7 psychopatach i Trzech bilbordach To
  • Eleven Jakby wszystko na jednym obrazku   eleven strangerthings
  • Media wiadomie i z premedytacj przedstawiaj feministki jako te ktre
  • Postanowiam znowu wybra si na festiwal W celu zamieszkania w
  • Pozytywny feminizm     feminizm feminista feministka femininity
  • 4 dni bez telefonu ale za to z blem brzucha