Atme: Inspiracją może być wszystko. [Wywiad]

Atme: Inspiracją może być wszystko. [Wywiad]

Młodzi, piękni i utalentowani. Gdy ich czytam – odnoszę wrażenie, że są z kosmosu. Gdy ich słucham – sama wylatuję w kosmos. Jacy są chłopaki z ATME i co ich inspiruje, zapraszam do podróży na inną planetę. Planetę o nazwie ATME.

 

Zacznijmy od początku. Co oznacza słowo ATME?

Luke: ATME oznacza oddech i jaźń. Określa wszystko, co płynie i łączy się ze sobą. To raczej stan niż tylko słowo, choć zaczerpnięte ze znaczeń sanskrytu i języków indoeuropejskich, takich jak m.in. j. niemiecki. Dla nas oznacza przestrzeń tworzenia, gdzie nasze brzmienie łączy się z przekazem i wolnością formy. Podczas koncertów, zależy nam, aby słuchaczowi udzielił się klimat ze sceny, aby odpłynął razem z nami i dał się zabrać do naszego świata, w którym mamy trochę ciekawych emocji do przekazania oraz słów do powiedzenia.

State of Necessity nie brzmi jak debiutancki materiał. To jeden z najlepszych albumów, jakie usłyszałam ostatnio na undergroundowym rynku muzycznym. Nie wyobrażam sobie, by ktoś Was teraz zamknął w piwnicy. Jakie macie plany na rok 2019?

Luke: Dzięki za miłe słowa. “State of Necessity” to suma naszych inspiracji. Tworzymy od 2011 roku, jako zespół pojawiliśmy się na scenie w 2013 a “State of Necessity, to owoc naszej pracy, dziecko naszej wyobraźni i sumy konceptów jakie rodziły nam się w głowie przez ostatnie lata. Możemy jednak przyznać, że nie wszystko było zaplanowane. Utwory takie jak “Laniakea”, “Passing Through the Horizon” ostateczną formę uzyskały w studiu i częściowo były improwizowane.

Odnosząc się dalej do pytania, w piwnicy na pewno się nie zamykamy, ewentualnie sięgamy do „piwnicy” własnej podświadomości po nowe pomysły, szukając nowych horyzontów, które warto jeszcze zobaczyć. Aktualnie wypuściliśmy właśnie nowy, mocny utwór do sieci „Obsessed” z załączonym video, gdzie widać nas jak tworzymy podczas nagrania w studiu. Teraz skupiamy się na organizacji nowych koncertów oraz zbieramy koncepty z naszych improwizacji na próbach. Sięgamy do szuflad z naszymi nagraniami i tworzymy kolejne utwory, które w pierwszej kolejności będą miały premierę na koncertach. Repertuar pod kątem tekstu jest anglojęzyczny, dlatego myślimy też, aby nie zaniedbywać polskich uszu i pracujemy teraz nad utworem w naszym rodzimym języku.

Co musi poświęcić muzyk dla tak dojrzałego brzmienia?

Piotr: “Rękę i nogę” 😉 …a tak na poważnie, to nie ma na to magicznego przepisu. Na pewno warto dużo ćwiczyć i budować warsztat: indywidualnie i zespołowo.

Mieć otwarty umysł i dużo eksperymentować, czyli być jak dziecko-odkrywca świata. Dużo czytać, słuchać, oglądać, bawić się i wierzyć, że wszystko jest możliwe. Nie bać się krytyki i działać wspólnie, będąc otwartym na pomysły reszty muzyków.

Wanda: To w ogóle jest dobry przepis na życie!

Skąd czerpiecie inspiracje? Czasem mam wrażenie, że to jakiś okultystyczny kosmos.

Paweł: Inspiracją może być wszystko. Kłótnia z dziewczyną, zdjęcia plemion z północnej Ameryki, piosenka odkopana ze starego odtwarzacza, układ płyt chodnikowych czy wzór geometryczny. Słuchamy różnej muzyki, mamy różne zainteresowania. Często polecamy sobie nawzajem ciekawą muzykę, filmy, idee, ciekawostki o świecie. Czasem po prostu zagnieździ się w naszych umysłach rytm lub melodia i bardzo chcemy oszlifować ją i pokazać światu.

Adek: Podpisuję się pod wypowiedzią Pawła, najlepszą inspiracją jest życie i to, co się w nim dzieje. Duże wsparcie stanowią dla nas nasze muzy, kosmos, jak i dla mnie reszta składu ATME, która nakręca do tworzenia czy improwizowania, dosyć dobrze się w tym czujemy.

Luke: Z okultyzmem nie przesadzajmy, bo nas ekskomunikują, choć może gdzieś pojawia się w nas tęsknota za ezoterycznym mumbo jumbo, mówiąc z przymrużeniem oka. W grafice do albumu “State of Necessity” można znaleźć odniesienia do czakr, czy świętej geometrii, jest to część inspiracji zebranych w trakcie budowania utworów, czy indywidualnych poszukiwań sensu istnienia. Dużą rolę odgrywa u nas przekaz emocjonalny, bo jak chyba większość, jesteśmy odbiorcami pozytywnych i negatywnych bodźców wpływających na nasze decyzje czy zachowania. Sami te bodźce też generujemy. Interesuje nas zgłębianie ludzkich pasji, tęsknot, złudzeń, sięganie do psychologii człowieka i archetypu — opisywanie też jego “cieni”. Interesuje nas natura, nasz glob i wszystko, co w nim zawarte, bądź to, co jeszcze nie jest zrozumiałe i nie znalazło wyjaśnienia.

Teksty opowiadają różne historie, w których czasami może postawić się każdy z nas. Mówiąc ogólnie, np. “Hotel of the Transfiguration” jest opowieścią o człowieku doświadczającym przemiany i jedności z otaczającym światem. W “Tricksterze” masz zderzenie mitu z kalką współczesności. Jest to poniekąd opowieść o wywodzącym się z opowiadań rodzimych mieszkańców Ameryki Północnej, nieujarzmionym bogu żartownisiu, skutym w “łańcuchy” przez współczesnego człowieka. “(un)cut Thoughts” to “per aspera ad astra” w drodze do jedności poprzez szum oceanu myśli.”Interrupted Call” to szukanie własnego głosu i spokoju w przestrzeni. Jednak, aby dokładniej to poznać, trzeba zrobić to, na co niestety brakuje nam dzisiaj czasu — czyli trzeba poświęcić cenną chwilę swojego życia na zgłębienie przekazu.

Wasza najbardziej szalona przygoda podczas koncertowania?

Paweł: Pozwolę sobie najbardziej szalone pozostawić w głowie na chłodne uśmieszki z lampką bourbonu przy kominku. Do najczęściej wspominanych zaliczamy jednak kilka.

Pewnym razem wracając na dwa auta z koncertu ok. 3 nad ranem, przez drogę szybkiego ruchu auto nr 1 rozjechało borsuka, urywając przy tym chłodnicę. Szukanie gaśnicy, bo kłęby dymu, wypakowywanie sprzętu na ulicę. Oczywiście holowaliśmy jeden drugiego, bo któż by tam służbie drogowej głowę zawracał o tej porze, dajmy ludziom spać 😉

W małym holenderskim miasteczku Vaals przed koncertem chodziliśmy z bębnem, gitarami i megafonem po ulicach grając nasze szlagiery i zachęcając ludzi do przyjścia na koncert. Wiele osób wychodziło z barów, zobaczyć co tu się wyczynia, robili zdjęcia, nagrywali nas, podchodzili zapytać skąd takie zamieszanie w tak spokojnym miasteczku. Szczególnie gdy znaleźliśmy lekką skarpę z barami na górze i osiedlem domków na dole i zaczęliśmy grać tam, żeby dotrzeć do jak największej ilości osób. Cel osiągnięty, ktoś nawet wrzeszczał “shut up!”.

 Czego zazwyczaj słucha zespół ATME podczas trasy?

Adek: Jest to muzyka. Podczas podróży wybieramy wodzireja, który włada playlistą, ciężko to uogólnić i po prostu wypisać wykonawców. Jeżdżąc na koncerty, dużo rozmawiamy, w trakcie prób zwykle brakuje na to czasu, nadrabiamy zaległości. Poza tym uważam, że całkiem dobrze się dogadujemy.

Przychodzi gruba szycha i mówi: Mam dla Was walizkę dolarów i wszystkich znam. Możecie zagrać z każdym. Kogo wybieracie?

Paweł: Ja bym zagrał z Apocalypticą, myślę, że dodaliby ładnych akcentów do tego, co już mamy.
Adek: Z Madonną
Piotr: Hans Zimmer
Luke: Zenek Martyniuk

Kto jest głową tego organizmu? Czyli, ktoś jest najbardziej odpowiedzialną osobą w zespole?

Piotr: Od początku ustanowiliśmy w ATME zasadę hierarchii poziomej. Dzielimy się wszystkim po równo. Obowiązkami najczęściej przydzielamy sobie względem kompetencji i zasobów czasowych. Są okresy, kiedy to jeden z nas ciągnie wszystkich do góry i motywuje. Są też takie, kiedy miejsce to zajmuje drugi i pomaga reszcie zespołu. Tak samo, jeżeli chodzi o tworzenie muzyki, tu jednak z mocnym zaznaczeniem momentów, kiedy świadomie lub intuicyjnie tworzymy, improwizując, tworząc synergię umysłów — ten stan ciężko opisać słowami. Wtedy każdy z nas, w tym samym momencie, staje się częścią czegoś większego, albo inaczej mówiąc, wtedy wyraźniej zauważa, to co jest tak naprawdę rzeczywistością. Ze zwielokrotnioną siłą nasze anteny odbierają fale przepastnych zasobów kosmicznej inteligencji.

 

To tak jak z marzeniami: zaraz po tym, jak zdobędziemy jeden szczyt, patrzymy już za kolejnym. Choć widzimy “świetlaną przyszłość” przed sobą, skupiamy się na kolejnych małych krokach, stopień po stopniu, krętą drogą do góry, pokonując własne ograniczenia i schematy myślowe.

 

Jak wygląda typowa fanka zespołu ATME?

Luke: Muzyka jest nietypowa, więc fanki są też wyjątkowe.

Wanda: Good point! 🙂

Szczyt Waszych artystycznych marzeń to?

To tak jak z marzeniami: zaraz po tym, jak zdobędziemy jeden szczyt, patrzymy już za kolejnym. Choć widzimy “świetlaną przyszłość” przed sobą, skupiamy się na kolejnych małych krokach, stopień po stopniu, krętą drogą do góry, pokonując własne ograniczenia i schematy myślowe. Z jednej strony marzymy o koncertowaniu przez wielotysięczną i międzynarodową publicznością, która świadomie przychodzi, aby celebrować muzykę i obcować ze sztuką, z drugiej pracujemy nad warsztatem, wizerunkiem i w końcu promocją, aby trafiać do świadomości coraz to większego grona odbiorów.

Gdzie można kupić waszą płytę?

Bezpośrednio u nas, śmiało pisać na maila: atmeofficial@gmail.com

Poprzez facebook’a: https://www.facebook.com/commerce/products/2177090405650796/

Bandcamp: https://atme.bandcamp.com/

Music&More shop: 

CD ATME “State of Necessity”

Zapraszam do kupna zostało nam ostatnie 600 sztuk.

 Szybkie rzuty. Co wolicie?

 

 – Scarlett Johansson czy Angelina Jolie?
Paweł: Scarlett, ale z filmu Między Słowami.
Adek: Scarlett
Piotr: Scarlett
Luke: Jolie, za jej prospołeczną działalność.

– Środek transportu na trasie — Multipla czy PKP?
Paweł: Multipla! Ale z mega spojlerem z tyłu!
Adek: PKP
Piotr: PKP
Luke: Pytanie retoryczne. Oczywiście Multipla.

– Prywatny koncert u Baracka Obamy czy u Królowej Elżbiety?
Paweł: Proste! U Elżbiety. Chciałbym zobaczyć, jak wstaje i klaszcze, kiwając głową z
aprobatą.
Piotr: Ani tu, ani tu…choć może u Eli, żeby sprawdzić, czy nie jest zmiennokształtną.
Luke: God, save the queen from ATME!
Adek: Nie wiem, nie pomogę.. Nie znam się…

– Duet z Depeche Mode czy Madonną?
Paweł: Z Madonną, znam całe La Isla Bonita na pamięć!
Adek: Madonna, ale z okresu jej progresywnej twórczości
Piotr: Depeche Mode
Luke: Królowa jest tylko jedna.

 

Dzięki! Poszło nam całkiem nieźle!

 

 

 

Świąteczna muzyka – Zbuduj sobie nastrój inaczej

Świąteczna muzyka – Zbuduj sobie nastrój inaczej

Mam takie świąteczne wspomnienie. Żółte radio na podłodze w salonie i kolędy na kasetach puszczane przez mojego tatę. Dziś raczej stronię od kolęd, a żółte radio już dawno wyzionęło ducha, ale mamy za to nową, cudowną tradycję — Trzech Tenorów. Nasza świąteczna muzyka to Domingo, Pavarotti i Pan Carreras. Nieodłączny element grudniowych wieczorów. Lubię ten czas. Dom pełen ludzi. Znajomi, którzy przychodzą podjeść ciasto z lodówki, napić się wina i trochę poplotkować. Czym jednak byłyby święta bez muzyki? Nie umiem sobie tego wyobrazić. Przynoszę Wam więc piętnaście utworów, którymi z pewnością umilicie sobie i bliskim ten magiczny czas.

 

Queen – Thank God It’s Christmas

Ten jest od mojej mamy. Wyczuwam w tym roku zapętlenie milion.

 Plácido Domingo, Luciano Pavarotti & José Carreras – La Traviata

Ten leciał roku temu przez całe święta 24/h

Agnes Obel – The Curse

Mykola Leontovych – Carol of the Bells

Frank Sinatra – Let it snow

Bruce Springsteen – Merry Christmas Baby

Niektórzy mówią, że ten jest najlepszy. Niby “knajpiany”

 

Kto znajdzie dwa utwory z filmu Home Alone, ten zostanie okrzyknięty mistrzem Jaka to melodia: edycja Wandy. Wiem, że wszyscy chcecie wygrać!

 

U2 – Christmas, Baby Please Come Home

Świąteczna muzyka czy nie, to chyba jeden z najlepszych ich utworów.

Alicia Keys & John Mayer – If I Ain’t Got You

The Darnkess – Christmas Time

Ten wrzucam z sentymentu.

Eric Clapton – Layla

Perry Como – It’s Beginning To Look A Lot Like Christmas

Robbie Williams – My Way

Jak ja go kochałam jako nastolatka. Nadal zresztą. Bardzo.

Santana – Samba Pa Ti

Ten też jest od mojej mamy. Dobra w to jest.

Tchaikovsky: Nemanja Radulovic & Borusan Istanbul Philharmonic Orchestra

Nie żebym się zakochała, ale mogłabym się nazywać Wanda Radulovic

John Williams – Somewhere in My Memory

 

Jeśli świąteczna muzyka to mało – zapraszam tutaj:

Muzyczne Podsumowanie 2018 – SZJU

Fot. Unsplash

Muzyczne Podsumowanie 2018 – SZJU

Muzyczne Podsumowanie 2018 – SZJU

Dobrze się ten rok nie zaczął, a już się kończy. Jaki był? Trochę jak zabawa na karuzeli. Niby świetnie się bawisz, ale momentami kręci Ci się w głowie i nie możesz złapać równowagi. Trzeba się odkręcić w drugą stronę i modlić, żeby nie zwrócić waty cukrowej i popcornu z karmelem. Następnie pojawia się jakiegoś rodzaju wyparcie i znów wracasz na karuzelę życia. To chyba właśnie tak było. Muzyczne podsumowanie to dla mnie  klamra zamykająca ten rok. Obserwując swoje wędrówki na inne planety z dwunastu miesięcy, widzę, że znów znalazłam się w innym miejscu. Gdzie udało mi się dotrzeć tym razem? I co odkryłam podczas muzycznego podróżowania?

 

Dave Matthews Band – That Girl Is You

Stary, poczciwy Dave. On jest jak powrót do domu po długiej podróży. Jak uścisk bliskiej osoby.

Editors – Ocean Of Night

Tę wycieczkę zapamiętam na zawsze. To najjaśniejszy punkt na mojej mapie.

MIUOSH | SMOLIK | NOSPR – Wizje feat. Piotr Rogucki

Natalia Przybysz – Dzieci Malarzy

David Gilmour – Comfortably Numb

Jezusie…to była podróż jak w Interstellar. Totalny kosmos.

Lady Gaga, Bradley Cooper – Shallow

Ta piosenka jest miłością.

Peaky Blinders – Wonderful Life

Brodka & A_GIM – Wszystko, czego dziś chcę

 

Tutaj miała być piosenka Dawida Podsiadło, ale musicie sobie kupić płytę, albo posłuchać jej poprzez media streamingowe.

 

 

5 Seconds Of Summer – Youngblood

Ten moment, w którym publicznie przyznajesz się do słuchania radiowych hitów.

M.I.A. – Paper Planes

Dynoro & Gigi D’Agostino – In My Mind

To radio w kuchni zamienia mnie w potwora.

Kult – Maria ma syna

Konoba – On Our Kness (feat. R.O)

Ten utwór jest jak atłasowa pościel. Albo jak dożylnie podawane narkotyki.

Sonbird – Ląd

Lady Gaga – Million Reasons

Moja królewna po ogromnej metamorfozie.

 

Muzyczne podsumowanie rok temu miało piętnaście utworów, ale że jestem ostatnio niczym zbuntowany anioł, to postanowiłam porzucić wszelkie zasady i zaszalałam.

 

Zbigniew Wodecki – Lubię wracać tam gdzie byłem

John Lennon – Woman is The Nigger of The World

Zeal & Ardor- Don’t You Dare

Paul McCartney – Hope of Deliverance

Duke Dumont – Ocean Drive

Jak tak patrzę na to moje muzyczne podsumowanie, to chyba naprawdę już nie pasuję na Woodstock.

Fot. unsplash.com

Polska pełna mleka, czy łyżka dziegciu w beczce miodu? Co działo się w 2018 roku?

Polska pełna mleka, czy łyżka dziegciu w beczce miodu? Co działo się w 2018 roku?

Przyznaję się otwarcie, że liczba obejrzanych wiadomości w TV przeze mnie w 2018 roku, wynosi zero. Nie mam przez to pojęcia, czy wstaliśmy już z kolan, czy wciąż jesteśmy uciemiężeni. Trudno w ogóle mówić o jakichkolwiek obiektywnych mediach, gdy na arenie politycznej stacjonuje tylko jedna partia, a reszta próbuje ujadać niczym słodkie pieski Chihuahua. Każdy wie, jak te pieski kończą w bojach. Właściciele pakują je do torebki i zanoszą do domu. Tak mniej więcej to u nas wygląda. 

Nie samym TV człowiek żyje. Ratuje nas obiektywny internet i social media. Mamy kulturę, ekologię i sportowe sukcesy. Podsumujmy. Co nam się udało, a co lepiej wyprzeć i i o czym zapomnieć. 

 

Co wydarzyło się w 2018 roku, czyli polskie porażki

 

Reprezentacja Polski w piłce nożnej mężczyzn

Nie chcę zostać jakąś turbo hejterką, ale ten samobójczy gol Thiago Cionka w meczu z Senegalem to trochę creepy wspomnienie. Do dziś pamiętam te łzy i bluzgi rzucane przez miliony Polaków. Potem wcale nie było lepiej. Mieliśmy wyjść z grupy, a Japończycy pozbawili nas nawet walki o honor. Po prostu nam go dali. Jak brat pozwalający wygrać młodszej siostrze w Piotrusia, bo robi mu się jej żal.

Nawet zaczęłam pisać do władz Belgii o sezonowe obywatelstwo. Nikt tak pięknie nie broni piłek, jak Thibaut Courtois. Dla mnie to zdecydowanie mistrzowie Mundialu 2018.

Premier Morawiecki tańczący z hienami

Nie wiem, dlaczego coś takiego w ogóle miało miejsce. Niby wolnoć Tomku w swoim domku, ale to chyba nie była prywatka. Premier tańczący z Rydzykiem? To ja już wolę tańczącego Janusza Palikota z Panią Grodzką.

Patryk Vega i pospolite ruszenie

Film Botoks niezwykle płodnego reżysera obejrzało aż 1,5 mln widzów. To bardzo dużo jak na totalną kaszanę. Wpływy z kin wynoszą 30,5 mln zł. Gdy patrzę na te liczby, to nie dziwię się nawet Adamczykowi, że postanowił zagrać zbira w Kobietach Mafii 2. Jedynie gorszym faktem jest to, że w internecie pojawiły się takie hasła jak: Pozytywne recenzje filmów Patryka Vegi. ALE JAK?

Żółć i frustracja Agnieszki Holland

Pani reżyser nie strzeliła sobie jakoś mocno w kolano przy pracy nad serialem 1983. Nie jest, to może arcydzieło, ale jak się ktoś odpowiednio zmotywuje, to znajdzie tam kilka pozytywnych aspektów. Nie spodobał się on jednak zbytnio polskiej widowni. Średnio mnie to dziwi, gdy patrzę na statystyki oglądalności filmów Patryka Vegi. Nie dość, że polski widz woli kontrowersyjne obrazy wypełnione po brzegi bluzgami, to przede wszystkim fani Netflixa zostali przyzwyczajeni do wysokiej jakości produkcji. Nikogo nie zaskakuje więc mierna ocena pracy Agnieszki Holland. Moment. Jednak kogoś dziwi. Samą Panią Agnieszkę Holland. Jej post w internecie o naszym niskim intelekcie był słaby. Halo, gdzie są ludzie od PR-u osób publicznych? Niech ich ktoś w końcu zatrudni.

Tutaj znajdziecie recenzję serialu 1983:

Serial 1983, czyli jak nie zrozumiałam konwencji Agnieszki Holland

Szczyt klimatyczny 2018 w Katowicach

Nie wiem, w jakiej krzywej przestrzeni żyje nasza obecna władza. Śmieszniej było zrobić ten szczyt tylko w Krakowie. Żeby żartów nie było mało, to w menu cateringu zaproponowano głównie mięso. Chyba wszyscy wiemy, jaki wpływ na środowisko ma produkcja szyneczki? To już było głupie, ale nie takie najgorsze. Głupotę się da wybaczyć, toż to nie wina idioty, że jest idiotą. Jednak hasła rzucone podczas tej imprezy, to jakaś katastrofa. Ekolodzy na całym świecie rozpaczliwie płaczą nad kondycją i przyszłością naszego świata, ale Polska zdecydowanie się tym nie przejmuje. Nie dość, że nie chce inwestować w nowoczesną segregację plastiku, to nasze władze postanowiły nawalać do pieca węglem jeszcze przez milion lat.

Andrzej Duda: „Trudno, żebyśmy z naszego surowca, dzięki któremu mamy zapewnioną suwerenność energetyczną, całkowicie zrezygnowali. Byłoby to z punktu widzenia polityki, jaką realizuje nasze państwo, dziwne”.

Spoko Andrzej. Mam nadzieję, że Twoje ewentualne wnuki będą miały fajne życie. Pozdrawiam.

Trójka w manipulacyjnym potrzasku

Wiecie jak jak to czasem bywa? Macie miły dzień i wtedy przychodzi sąsiad. Nie, że sąsiad zły, tylko że przynosi złe wieści i cały dobry humor znika. Miałam kiedyś taki dzień. Wtedy zaczęłam rozmawiać z moją kochaną Anią – klik i przekazała mi ona pewne smutne wiadomości. Wszyscy kochamy trójkę, prawda? Prawdziwa ostoja dobrej muzyki itd. Wtem Ania opowiada mi, że do Trójki został zaproszony pewien specjalista od ekologii i postanowił edukować nasz wspaniały naród.

Wspominałam już, że ekolodzy na całym świecie płaczą o kondycję naszej planety? Okazuje się, że to totalna bzdura i wymysł nazistów, a w ogóle to jakiś żart, bo oni robili badania 70 lat temu i było git, więc ta Angela Merkel to straszna kłamczucha. No i to, że się klimat ociepla to nawet dobrze, bo u nas chłodnawo, dwa stopnie na plusie będą dla nas zbawienne. Topnieją lodowce? Czym się tu przejmować.

– Roztopią się, albo się nie roztopią – ocenił profesjonalnie ekspert Trójki. – Są takie nawet teorie, że w jednych miejscach się bardziej roztapiają, w innych się mniej roztapiają.

Tego Pana także pozdrawiam.

Krystyna Janda krytykuje polskich kibiców

Nie odnosimy zbyt wiele sukcesów w piłce nożnej, ale co komu do tego, co kto ogląda? Skoro Pani Krystyna Janda widzi nas jako głupców, to czemu się dziwi, że Polacy w pociągach omijają kolumny o kulturze?

Janda: Ja mówię o polskich kibicach, którzy przy byle sukcesie dostają irracjonalnego obłędu i manię wielkości, ja tego nie mogę słuchać. Zwycięstwo jest dla mądrych, gdybyśmy zwyciężyli, to nie dałoby się wytrzymać już dalej w tej euforii zwycięstwa.

Poza tym jak jadę pociągiem i widzę, jak wsiada ktoś, otwiera gazetę i wyrzuca strony z kulturą od razu do kosza i czyta tylko… a tych stron o sporcie jest dużo… to mówię “no jednak”…

Faktycznie niewiele wygrywamy, ale to chyba Pani Janda najmocniej broni wolności w tym kraju, czy to dotyczy tylko teatrów?

Wystarczy tych porażek. Było ich w 2018 roku znacznie więcej, ale po co sobie aż tak psuć nerwy. Czas na krainę mlekiem i miodem płynącą. Potrafimy w sukcesy i to jest zdecydowanie lepsza strona tego wpisu.

Co wydarzyło się w 2018 roku, czyli polskie sukcesy

 

Akcja ratunkowa na Nanga Parbat

Cały świat mówił o heroizmie Adama Bieleckiego i Denisa Urubko. Jarosław Botor i Piotrek Tomala też wzięli udział w ratunku na Nanga Parbat. Chłopcy w śmiertelnych warunkach zdołali uratować francuską wspinaczkę Elisabeth Revol. I choć nie nie udało im się sprowadzić naszego rodaka Tomasza Mackiewicza, to ich bohaterski wyczyn zostaje na zawsze zapisany na kartach historii. Ta akcja to czysty dowód na to, że jeśli chodzi o himalaizm, to nie mamy sobie równych.

Andrzej Bargiel i pierwszy zjazd na nartach z K2

Ledwo opadły emocje po nieudanej zimowej próbie zdobycia K2 przez Polaków, a już Andrzej Bargiel zgotował nam kolejną sensację. Przez kilka tygodni śledziliśmy jego próbę zjechania na nartach z K2. Jego ekipa, przygotowania i wspaniałe zaplecze technologiczne to miód na serce. Tygodnie przygotowań, szybkie wejście na szczyt i najtrudniejsze, zjazd. Mamy to! Pierwszy człowiek, który zjechał na nartach z K2 na świecie. Polak — Andrzej Bargiel. Jeśli miałabym robić plebiscyt, to wydarzenie zamieściłabym jako najważniejszy sukces dla Polski w 2018 roku.

Dron Bartka Bargiela 

W rodzinie siła. Nie dość, że Andrzej Bargiel osiągnął życiowy sukces, to jeszcze jego brat okazał się bohaterem. On i jego dron wziął udział w akcji ratunkowej na Broad Peak. Gdy chłopcy przygotowywali się do wiekopomnej chwili, niedaleko ich bazy zaginął inny wspinacz. Rick Allen. Nikt nie dawał mu szans na przeżycie i wtedy właśnie Bartek Bargiel wkroczył ze swoim dronem do akcji i pokazał drogę powrotną Rickowi. Nie wiem, co do powiedzenia w tej kwestii mieli wrogowie technologii w górach wysokich, ale chyba niewiele?

Gdy pierwszy raz podleciałem dronem do Ricka, zauważył go i, jak powiedział mi później, poczuł, że ktoś wie o jego sytuacji i poczuł nadzieję. Zaczął iść w górę. Przedtem tkwił w jednym miejscu. Potem musiałem polecieć jeszcze raz, gdyż zaczął iść za bardzo w górę. Podleciałem wtedy do niego i poleciałem w linii prostej do osób, które szły w jego stronę i znów do Ricka, aby wskazać drogę jemu i ratownikom. Wtedy Rick zaczął iść w dobrym kierunku i po jakimś czasie spotkał się ze wspinaczami, którzy po niego szli.  

Mistrzostwa Świata w Piłce Siatkowej Mężczyzn 2018

Faktem jest, że zainteresowanie siatkówką nie jest proporcjonalne do zainteresowania piłką nożną. Także nieproporcjonalne są sukcesy w obu dyscyplinach sportowych. Polacy obronili tytuł Mistrza Świata w Piłce Siatkowej. Co zrobili polscy piłkarze? Nie obronili nawet honoru.

Kler i liczby

W pierwszy weekend emisji na „Kler” sprzedano 935 tys. biletów, co jest rekordowym weekendem otwarcia po 1989 roku. “Kler” wyprzedził pod tym względem „Pięćdziesiąt twarzy Greya” (834 479 widzów w weekend otwarcia), “Gwiezdne wojny: Przebudzenie Mocy” (otwarcie 789 568), „Listy do M. 3″ (otwarcie 775 817 widzów), „Pitbull. Niebezpieczne kobiety” z 2016 roku (otwarcie 767 519 widzów) czy zeszłoroczny „Botoks” (otwarcie 711 906 widzów).

(źrodło: www.wirtualnemedia.pl)

Te liczby mówią same za siebie. Ogromne brawa dla Wojciecha Smarzowskiego!

Rafał Zawierucha dołącza do rodziny Tarantino

Spekulacje trwały przez kilka miesięcy. Kto zagra Romana Polańskiego w najnowszym filmie światowego reżysera? Stawiano na Borysa Szyca i Jacka Braciaka. Jakie było zdziwienie, gdy wybrańcem okazał się drugoplanowy aktor Rafał Zawierucha. Kto fanem Tarantino jest, ten dobrze wie, że ten ma łeb nie od parady, jeśli o obsadę chodzi. Nikt chyba nie był bardziej szczęśliwy w 2018 roku, niż sam aktor.

Zimna wojna w hollywoodzkim uścisku 

Paweł Pawlikowski potrafi w reżyserię. Najpierw zdobył Oscara za Idę, a teraz otworzył drzwi do kariery Joannie Kulig. Wszyscy zakochali się w Zimnej Wojnie. Ilość zdobytych nagród mówi sama za siebie.

Platynowy Dawid Podsiadło

Ten młody chłopiec wyciska sok z cytryny na całego. Marketing jego najnowszej płyty to istny majstersztyk. Wyprzedana trasa koncertowa i sprzedaż płyt w kiosku to jeszcze nic. Po tygodniu od premiery album “MAŁOMIASTECZKOWY” osiągnął status PLATYNOWEJ PŁYTY! Po tygodniu moi mili.

 

To będzie na tyle. Jak już wiemy, w 2018 rok wydarzyło się wiele. Jedni przysporzyli nam smutków, inni pokrzepili nasze serca. Niech każdy zdecyduje, co dla niego było czym. Możecie się oczywiście dzielić swoimi spostrzeżeniami. Niedługo pojawi się także coroczne podsumowanie muzyczne i wywiad z piekielnie zdolnym zespołem z Wrocławia. 

Jednym z niewątpliwie smutnych wydarzeń w 2018 roku była także śmierć królów muzyki, Kory Jackowskiej, Zbigniewa Wodeckiego i  Tomasza Stańko. Jednak nie da się tego zakwalifikować do żadnej z powyższych kategorii. Pozostawiam więc ten smutny fakt bez komentarza.

Fot. /unsplash.com

 

 

 

 

 

Świąteczne filmy, ale bez choinek

Świąteczne filmy, ale bez choinek

Miałam w planach zrobić przewodnik po świątecznych filmach, ale koledzy po fachu już mnie wyprzedzili. Wychodzę więc z kontrą i zamiast typowych bożonarodzeniowych propozycji, przynoszę Wam piękne i wzruszające kino. Będzie trochę romantycznie. Świąteczne filmy, ale bez choinek.

Nasze noce

Spotkanie Jane Fondy i Roberta Redforda po latach to wzruszający moment. Para aktorów spotykała się na planie filmowym kilkukrotne i to już na początku kariery obojga aktorów. Sama Jane Fonda przyznała po latach, że kochała Roberta Redforda.

Zawsze go kochałam. Za każdym razem zakochiwałam się na nowo.

Film opowiada o parze wdowców, których przyciąga do siebie samotność. Addie Moore i Louis Waters postanawiają dotrzymać sobie towarzystwa i choć wychodzi im to dość pokracznie, to z czasem ta decyzja okaże się najlepszą w ich życiu. Przenikliwie ciepły duet. Ani Jane Fonda, ani Robert Redford nie tracą uroku sprzed lat. To przepiękna klamra ich przyjaźni i wielokrotnej współpracy na planie filmowym.

Lion. Droga do domu

Wyobraźcie sobie, że macie 5 lat i mieszkacie w Indiach. Pewnego dnia trafiacie do przeraźliwie zatłoczonej Kalkuty i nie możecie odnaleźć drogi do domu. Nie pomaga fakt, że nie znacie swojego adresu, ani nazwiska. Saroo Brierley przeżył to naprawdę i choć szczęście się do niego uśmiechnęło, nigdy nie zapomniał o swojej rodzinie. Postanowił po 25 latach odbyć podróż w poszukiwaniu własnego domu.

Niezwykła historia. Połączenie dojrzałego aktorstwa i reżyserii dało efekt wzruszającego kina. Bez zbędnego patosu i sztuczności. Dev Patel zdobędzie serce każdego widza. Jakby co, nie odpowiadam za płacz całej rodziny. Jako wisienka na torcie, cudowna Nicole Kidman i Rooney Mara.

Carol

Carol to klasyczny melodramat. I choć nieszczęśliwa miłość od razu kojarzy nam się z Romeo i Julią, to w tym wypadku zakazany owoc dotyczy dwóch kobiet. Nic nie przemawia na ich korzyść. Ani epoka, w której żyją, ani różne klasy społeczne. W głównych rolach Cate Blanchett (jak zawsze doskonała) i Rooney Mara (drugi raz w dzisiejszym zestawieniu). Carol to delikatna opowieść o miłości, ale przede wszystkim przepiękne wnętrza i stroje. Idealny film na świąteczny wieczór.

Ps. Trochę tutaj przekłamałam, bo akcja rozgrywa się w okresie świąt, ale nie ma to znaczenia dla historii oraz puenty. 

Kamerdyner

Gdybym żyła w Ameryce i za prezydenta miała Donalda Trumpa, to oglądałabym ten film codziennie. Kamerdyner to sto lat historii USA. W tym historia o drodze do wolności i tolerancji, która obecnie wydaje się zagrożona jak nigdy. Amerykański sen czarnego kamerdynera, który służył 8 amerykańskim prezydentom. Nie jest, to może dokładna i szczegółowa retrospekcja, ale wrażliwa interpretacja. W moim odczuciu takie powinny być świąteczne filmy.

Mandarynki

Wojenne filmy kręcone przez Amerykanów, przyzwyczaiły nas do tanich i ckliwych rozwiązań. Budowanie bohaterów i nadawanie patriotycznego sensu wojnie to typowe dla nich zagrania. Zaza Urshadze nie idzie tą drogą i za pomocą mandarynkowego drzewa, ukazuje słodko gorzki obraz wojennego absurdu.

W miasteczku naznaczonym wojną pozostało już tylko dwóch mężczyzn. Plantator mandarynek i stolarz. Przywiązanie do swojego miejsca na ziemi, nie pozwala opuścić im domu nawet w obliczu zagrożenia. I choć nikt tutaj nie gloryfikuje wojny staje się, ona główmy tematem filmu. Pewnego dnia dochodzi do krwawej strzelaniny, z której żywi wychodzą dwaj żołnierze – pierwszy jest czeczeńskim najemnikiem, drugi – Gruzinem. Stolarz Ivo postanawia się nimi zaopiekować, co nie będzie wcale łatwym zadaniem. Obaj składają gospodarzowi pokojową obietnicę i choć wcale tego nie chcą, zaczynają ze sobą rozmawiać.

Choć Kamerdyner oferuje nam American dream, to europejskie kino różni się od niego w każdym aspekcie. Zaza Urshadze postawił na spokojną narrację i dzięki temu, daje widzowi możliwość obcowania z bohaterami i rozkładania ich umysłów na czynniki pierwsze. Gdy mandarynkowe drzewo dojrzewa, dojrzewają także postaci w filmie. Jeszcze jedno. Kolory. W tym filmie piękne są kolory.

Ostatnia miłość pana Morgana

Jest we mnie jakiegoś rodzaju paradoks, że jednocześnie kocham Francję i jej nienawidzę. Ostatnia miłość pana Morgana to jednak jeden z najładniejszych filmów, jakie widziałam a widziałam ich sporo. Są dwa powody, przemawiające za tym dziełem. Pierwszy – Michael Caine. Kocham go. Drugi – Clémence Poésy. Jest niezwykła w tym filmie. To opowieść o tęsknocie, którą odczuwa każdy z nas. Cechuje ją typowa francuska wrażliwość i inteligentne dialogi. Każdego z nas dotyka samotność, jednak gdzie należy dotrzeć, by ją zrozumieć?

Zanim się rozstaniemy

Jeśli Twoje życie właśnie się wykoleiło, a Ty krążysz bez sensu wokół niezdefiniowanej osi, to się zatrzymaj. Złap oddech i pozwól sobie na inną perspektywę. To właściwie idealny opis tego filmu. Jednak łatwiej będzie w ten sposób: Los splata dwójkę nieznajomych na jednej drodze i choć nic dla siebie nie znaczą, nie potrafią się ze sobą pożegnać. Żaden tam naiwny romantyzm i płomienny romans. Raczej metaforyczne rzucanie sobie kół ratunkowych. Bardzo ciepły film, pełen zawirowań i emocji. Świąteczne filmy oferują nam zawsze happy end, tutaj takiego zakończenia nikt nie obiecuje.

Lęk Wysokości

Wiem, że panuje społeczny strach przed polskim kinem, ale w tym przypadku jest on zbędny. Nie ma w Lęku Wysokości Karolaka ani pana Adamczyka. Jest za to rewelacyjny Marcin Dorociński i jeszcze lepszy Krzysztof Stroiński. Wszyscy wiemy, jak konflikty rodzinne potrafią zaważyć na naszym życiu, nawet jeśli jest poukładane w każdym innym aspekcie.

Tomasz Janicki (Marcin Dorociński) pomimo rozwijającej się kariery i poukładanego małżeństwa, nie może się uwolnić od wyrzutów sumienia, względem schorowanego ojca (Krzysztof Stroiński). Kiedy Tomasz lada moment sam zostanie ojcem, postanawia zrozumieć ich skomplikowaną relację. Wyrusza wraz z ojcem w niebanalną podróż. Tak naprawdę to całe aktorskie show kradnie Krzysztof Stroiński. Jest po prostu niezwykły. Możecie wybrać świąteczne filmy i Listy do M, ale gwarantuję Wam, że ten duet jest dużo lepszy.

To moje propozycje na świąteczne filmy. Przewodnik po produkcjach bez choinki. Macie własne propozycje? Co będziecie oglądać? Amelia? Utalentowany pan Ripley? Bajki Disneya? Dajcie koniecznie znać. 

Fot. główna: Unsplash / Kadry filmowe: Filmweb

Instagram

  • Nikt nie zachwyci mnie tak od trzech dekad  Ja
  • Przez gow przelewa mi si duo sw ale adne nie
  • Tak sobie ogldam od kilku dni The Good Fight i
  • Pamitam e bya zima i mj znajomylipieclipiecposzukiwa pani z talentem
  • Jako totalna lewaczka iekowariatka chciaam Wam tylko przypomnie ebycie nie
  • Tam bym sobie usiada na kocu i popij wino patrzya
  • ycie kochanie trwa tyle co taniec
  • Zdecydowanie tskniam za socem traw kocem smakiem jabkowego wina prosto